Polityka, kiedy jest sztuką oraz służbą a nie narzędziem wyzysku, to działanie na rzecz ideału poprzez rzeczywistość.
Charles de Gaulle
STRONA GŁÓWNA     KOMENTARZE     ARTYKUŁY     WYWIADY     GDZIE STUDIOWAĆ?     KSIĄŻKI     W PRASIE     REDAKCJA     DOŁĄCZ DO NAS
Niedziela, 5 września 2010 r.
Kliknij, aby powiększyć
 

Wybory na świecie

Data Kraj Organ / typ wyborów

Gdzie studiować?

Słownik pojęć politologicznych

Mniej sztuczności, więcej ludzkiej Europy

Marta Stanisz | 2010-05-09 10:33 | wersja do druku

Zwracam uwagę, że rok 2011 to rok wyjątkowy dlatego, że po raz pierwszy we wszystkich ogniwach decyzyjnych UE będą rządziły państwa środkowoeuropejskie – mówi dr hab. Krzysztof Szczerski, ekspert z zakresu integracji europejskiej. Z politologiem Uniwersytetu Jagiellońskiego o polskiej prezydencji i wyzwaniach przed jakimi stoi Unia Europejska rozmawia Marta Stanisz.

Marta Stanisz: Jest pan nauczycielem akademickim, jednak pełnił pan również funkcje polityczne – był pan podsekretarzem stanu w MSZ oraz w UKIE. Od roku jest pan członkiem Rady Służby Cywilnej, a obecnie doradcą w PE. Jak to jest być aktywnym uczestnikiem procesów politycznych i jednocześnie naukowcem; który te procesy bada?

Krzysztof Szczerski: W takim przypadku jak mój, tych ról nie da się do końca rozdzielić. Nigdy jednak nie włączałem się w czystą partyjną grę o władzę, a to, co robiłem jako polityk, wykonywałem z analitycznym dystansem. Wówczas, gdy byłem praktykiem zarządzania państwem, patrzyłem na te kwestie oczami politologa, a gdy uczę czy analizuję naukowo rzeczywistość z pewnością jest tak, że przydaje się z kolei doświadczenie praktyczne.

Istnieją w tej kwestii rozbieżne stanowiska…

To jest oczywiście spór, także w ramach naszej dyscypliny naukowej, czy politolog i polityk to są dwie sprawy, które można łączyć oraz jaka jest rola politologii wobec polityki. Czy jest to wiedza usługowa, czyli przemyślana forma doradztwa politycznego, czy jednak politolog powinien mieć dystans – i patrzeć na polityków tak jak biolog patrzy na preparat, który bada. I z drugiej strony stawia się pytania, czy bycie politykiem uniemożliwia naukową refleksję na temat tej dziedziny. Ja uważam, że doświadczenie polityczne jest przydatne w refleksji naukowej. Polityka jest nauką humanistyczną i nie jest nauką wyłącznie teoretyczną. Znajomość np. praktycznych uwarunkowań procesów decyzyjnych pomaga także w przypadku pisania o sprawach, w których się samemu nie uczestniczyło. W ten sposób można powiedzieć więcej na ich temat.

Co pan robi jako główny analityk ds. międzynarodowych we frakcji Europejskich Konserwatystów i Reformatorów w PE?

Zajmuję się głównie współpracą z przewodniczącym polskiej delegacji w ramach tej grupy prof. Ryszardem Legutką, który jest także członkiem komisji spraw zagranicznych PE. Jest to człowiek, którego bardzo cenię i który był jednym z moich intelektualnych mistrzów w czasach studenckich. Współpracuję z nim od roku 1994, gdy byłem sekretarzem Ośrodka Myśli Politycznej, a profesor był jego prezesem.

Moja rola polega głównie na pisaniu rekomendacji dotyczących konserwatywnej strategii politycznej dla Europy w zakresie międzynarodowej roli UE i polskich priorytetów w ramach polityki europejskiej. Jest to stanowisko nowe, którego wcześniej nie było w tej frakcji. Ta praca jest ciekawa także dlatego, że pozwala zobaczyć funkcjonowanie PE po rozszerzeniu, po nowych wyborach i zmienionych rolach traktatowych. Mam także szansę sprawdzić się w nowej roli, bo nigdy wcześniej nie byłem analitykiem na poziomie europejskim.

Zarówno w "Dynamice systemu europejskiego", jak i w wydanej pod pana redakcją książce pt. "Prezydencja w Unii Europejskiej. Perspektywy i doświadczenia" zwraca pan uwagę na istotną rolę prezydencji kraju w UE. Dlaczego jest ona czymś aż tak ważnym?

To po pierwsze rodzaj egzaminu dojrzałości europejskiej dla państwa i jego administracji. Wiele państw po swojej prezydencji naprawdę poczuło siłę własnego członkostwa w Unii. Dzieje się tak dlatego, że wówczas państwo po raz pierwszy czuje swoją rolę jako koordynatora prac całej Wspólnoty. Jest to olbrzymie wyzwanie w sensie organizacji politycznej, czyli funkcjonowania administracji danego kraju oraz umiejętności zarządzania polityką 27. państw. To także szansa na europeizację administracji publicznej, czyli wprowadzenie kwestii europejskich do świadomości i praktyki działania urzędników. A po trzecie prezydencja pozwala na odciśnięcie przez państwo pewnego znaku firmowego na polityce europejskiej. Dlatego kraje bardziej ambitne próbowały zawsze w ramach tego instrumentu wprowadzić do agendy europejskiej temat, który odtąd byłby z nimi kojarzony albo usiłowały zakończyć proces politycznie ważny dla Unii, np. przez podpisanie jakiegoś dokumentu, który by się na zawsze wiązał z ich osiągnięciami. Stąd mamy strategię lizbońską czy traktat nicejski i wiele innych, które nazwy otrzymały od miast z okresu konkretnej prezydencji. Dzięki takim inicjatywom, państwa przechodzą do historii integracji europejskiej.

Jak pan doktor ocenia stan przygotowań do naszej prezydencji w 2011 roku?

Ocena przygotowań do prezydencji stwarza pewien kłopot, gdyż te działania są niestety prowadzone bardzo niejawnie, co jest według mnie błędem. Minister Dowgielewicz mówi, że jest za wcześnie, żeby wyznaczać priorytety, nie ma więc na ich temat dyskusji. Przypuszczalnie oznacza to, że nasza prezydencja będzie prezydencją tzw. kontynuacji, czyli de facto będziemy robić to, co akurat wypadnie na nasze pół roku z ustalonego wcześniej kalendarza europejskiego. Nie będzie to prezydencja innowacji, czyli taka, w czasie której państwo narzuca pewne kwestie w europejskiej debacie. Niepokojące jest np. to, że dotąd nie było debaty w parlamencie o priorytetach polskiego przewodnictwa w UE. To wszystko powoduje, że nie mogę poważnie ocenić stanu tych przygotowań. Oceniam je źle, bo nic o nich nie wiem. A jako obywatel na rok przed prezydencją powinienem coś na ten temat wiedzieć. Debata powinna być już rozbudzona.

Co wobec tego powinni robić politycy?

Podobnie jak przed referendum akcesyjnym rząd powinien znaleźć środki na różne inicjatywy społeczne i promocję idei prezydencji. W całej Polsce powinny odbywać się konferencje naukowe na ten temat. Należy także pomyśleć o rozpisaniu konkursów na wydarzenia, które w tym czasie mogliby w Europie organizować Polacy. Trzeba także wspierać krajowe inicjatywy, pochodzące z różnych kręgów np. studenckich czy kulturalnych. Z punktu widzenia społecznego jest to szansa na półroczne europejskie święto w Polsce i polskie w Europie. Mógłby to być silny element promocyjno-świadomościowy. Dużo jest energii w różnych środowiskach, by zrealizować ten cel, lecz teraz musiałby być wysłany do nich impuls do działania.

Dobrym przykładem na to, że takie działania mają sens jest Słowenia, której rząd wydał duże środki, by zjawisko prezydencji cały czas żyło w świadomości społeczeństwa. W efekcie ludzie wyraźnie uświadomili sobie przynależność do Wspólnoty.

Często podkreśla się znaczenie idei zbiorowej prezydencji. Co mogłoby być przedmiotem tego typu współpracy z udziałem Polski?

Dwie rzeczy w trójkowym układzie państw według mnie są szczególnie interesujące. Po pierwsze to, że mamy w okresie dwóch lat 3 prezydencje bałtyckie – szwedzką, duńską i polską. Po tych prezydencjach polityka Morza Bałtyckiego powinna stać się trwałym i poważnym elementem polityki europejskiej. Po drugie, w krótkim okresie mamy także trzy prezydencje wyszehradzkie. Za nami już prezydencja czeska, a rok 2011 będzie w całości węgiersko-polski. To powinno spowodować, że polityka wschodnioeuropejska UE, nie będzie już nigdy taka sama jak wcześniej. Czesi zaczęli dobrze, bo wsparli naszą inicjatywę Partnerstwa Wschodniego, a Szwedzi rozpoczęli strategię dla Morza Bałtyckiego.

Zwracam uwagę, że rok 2011 to rok wyjątkowy dlatego, że po raz pierwszy we wszystkich ogniwach decyzyjnych UE będą rządziły państwa środkowoeuropejskie. Mam tu na myśli dwie wspomniane prezydencje, a także to, że przewodniczącym PE w dalszym ciągu będzie Polak, a komisarzem do spraw rozszerzenia i polityki sąsiedztwa Czech. Tę konfigurację też trzeba wykorzystać.

Na czym w pana opinii mógłby polegać innowacyjny charakter naszej prezydencji?

Z polityk istniejących powinniśmy się skupić na kwestiach bezpieczeństwa energetycznego, a także na rozwoju regionalnym oraz, w pewnym stopniu, przyszłości wspólnej polityki rolnej. Marzyło mi się jednak, byśmy postawili na agendzie europejskiej problem demografii europejskiej. Uważam, że teraz jest czas na dyskusję o kryzysie demograficznym Europy i ktoś tę dyskusję musi zacząć. Jako myśl przewodnią polskiej prezydencji wskazałbym hasło "Ludzkiej Europy" ("Human Europe"). Właśnie po to, aby zwrócić uwagę, że ponad wszystkimi kwestiami gospodarczymi oraz innymi międzynarodowymi i strategicznymi, jest jeszcze kryzys demograficzny, który ma wielostronne powody i jest wynikiem pewnego załamania ludzkiego wymiaru kultury europejskiej. Efektem jest starzenie się społeczeństw, ale także związany z tym problem zmian cywilizacyjnych, dotyczących podejścia do życia czy rodziny. To wszystko przekłada się na to, że mamy humanistyczny kryzys w Europie. Warto byłoby w końcu o tym zacząć rozmawiać. Na te działania z naszej strony w kontekście prezydencji jest już jednak za późno.

Czy obecnie jest dobry czas, by rozmawiać o kwestiach ideowych w UE?

Przez długi czas żyłem w przeświadczeniu, że być może lepsza jest opcja zerowa, jeśli chodzi o ideowość Europy. Uważałem, że dobry jest kompromis, polegający na tym, że jeśli nie możemy się zgodzić, co do fundamentów cywilizacji, lepiej żeby UE była w ogóle z tego sporu wyjałowiona. W tym rozumieniu żadna opcja ani konserwatywno-liberalna, ani poprawnościowo-lewicowa nie powinna zawłaszczać ideologicznie przestrzeni wspólnotowej, a proces integracji powinien być utrzymany na poziomie postpolitycznej praktyki zarządzania.

Dziś jednak ten kompromis jest łamany, gdyż nie udało się uchronić procesu integracji od ideologizacji pod pozorem niby-pragmatyki proceduralnej. W tym sensie uważam, że chyba – niestety – jest czas, aby podjąć poważną dyskusję, w kontekście integracji europejskiej, o fundamentach cywilizacyjnych Europy. Mówię niestety, gdyż opcja zerowa byłaby dużo bezpieczniejsza.

Jak powinna przebiegać debata dotycząca tych problemów?

Dyskusję trzeba podjąć nie poprzez zagadnienia religijne, ale raczej przez pryzmat owego ludzkiego wymiaru. Politycy europejscy nie mogą udawać, że kwestia muzułmańska w Europie nie istnieje. Społeczeństwa dostrzegają tę sprawę, a decydenci w imię poprawności politycznej uważają ją za wstydliwą, nie rozumiejąc, że dziś jest to istotny problem cywilizacji europejskiej. Ludzie czują się niepewnie, bo widzą, że europejska cywilizacja słabnie na ich oczach. Co jakiś czas dają wyraz swoim obawom. Z tym problemem trzeba się zmierzyć, nie wystarczy zasłaniać się sloganami poprawności politycznej. Nie głoszę w tym momencie haseł nietolerancji, gdyż problem nie polega na obecności muzułmanów w Europie. Turcja mogłaby być członkiem Unii. Problem sprowadza się do tego, że Europejczycy w momencie, gdy pojawia się ktoś, kto ma mocną identyfikację, czują się zbyt wątli cywilizacyjnie. Nagle ktoś silny i wyrazisty wydaje nam się wrogiem. Tylko ktoś o silnej tożsamości własnej jest w stanie dyskutować z innymi silnymi. Stąd biorą się np. dobre kontakty duchownych islamskich z Kościołem Katolickim. W tym zakresie dialog religijny jest znacznie bogatszy niż polityczny, co świadczy o tym, że przestrzeń publiczna w Europie została osłabiona, m.in. przez poprawność polityczną i ideologizację pluralizmu.

Nie zawsze jednak mieliśmy do czynienia z takim stanem rzeczy…

Dla Schumana oczywiste było, że Europa jest chrześcijańska. Na początku integracji europejskiej dyskusji na temat tożsamości nie było, bo było jasne, na jakim fundamencie się buduje. Problem ten pojawił się później, od 1968 roku, kiedy ten fundament zaczął się rozkruszać. Dlatego do tej kwestii trzeba powrócić, bo jest to problem egzystencji Europy jako podmiotu cywilizacyjnego na mapie świata. Nasz kontynent nie będzie takim podmiotem jako byt poprawnościowo-postmodernistyczny, bo świat takiego bytu nie potrzebuje. Nasz kontynent musi być świadomy własnej tożsamości, a nie ma innej niż historyczny trójkanon. Europę stworzyło greckie zadziwienie światem, rzymskie przekonanie, że prawo ma regulować przestrzeń publiczną i chrześcijańska koncepcja osoby ludzkiej, czyli zasada, że każdy człowiek ma przyrodzoną godność.

W których innych obszarach dostrzegałby pan aktualne problemy integracji?

Na pewno wymienić trzeba zjawisko hierarchizacji państw członkowskich. Są wyraźne tendencje, żeby zaburzać równość krajów, w kierunku koncentracji na sile największych. Traktat lizboński to w pewnym sensie usankcjonuje, gdy wejdzie w życie nowy system głosowania w Radzie UE, preferujący większe państwa kosztem mniejszych. Bardzo wyraźnie zmienia to zasadę równościową, która była obecna w poprzednim systemie. Drugim zjawiskiem, które mnie niepokoi w wymiarze międzypaństwowym, jest tworzenie zamkniętych kręgów integracji o różnym statusie. Np. państwa strefy euro zaczynają coraz poważniej działać we własnym gronie. Może to stworzyć zjawisko zamykania się pewnych grup wewnątrz Unii. Natomiast na arenie ponadnarodowej alarmująca jest kwestia upartyjnienia polityki europejskiej poprzez rosnącą rolę PE. W ten sposób czynnik czystej gry partyjnej, trochę odsuwa na bok myślenie o Europie jako o idei wspólnej. Inną sprawą jest coraz większe uciekanie władzy europejskiej w kolejne wtórne poziomy ponadnarodowe, np. agencje ponadnarodowe. Są one zupełnie poza kontrolą obywateli, którzy często nie są świadomi, że takie rzeczy w ogóle istnieją.

Wobec tego jakie działania mogłyby przybliżyć UE do zwykłych obywateli?

Unia Europejska zaczyna być coraz bardziej sztuczna w swoich wyobrażeniach o oczekiwaniach i nastrojach ludzi. Proces ten należy zatrzymać.

Mam wrażenie, że w Unii jest niewłaściwy obraz życia Europejczyka. Wprowadza się coraz bardziej szczegółowe regulacje, np. w zakresie stosowania żarówek. A w praktyce te regulacje idą zupełnie obok potrzeb ludzi. UE powinna wspierać naturalny rytm życia, a nie sztucznie go regulować. Oczekiwałbym powrotu do myślenia o polityce organicznej, która wspiera naturalne wspólnoty w Europie, a nie tworzenia sztucznego demosu, którego nigdy na naszym kontynencie nie będzie. Działania UE np. w obszarze ekologii, powinny być wynikiem społecznego przekonania, że to jest potrzebne, a nie jedynie sztuczną regulacją. Inaczej ludzie i tak będą przywozić te żarówki z Ukrainy. Mniej sztuczności, więcej ludzkiej Europy – właśnie owej "Human Europe".

Na koniec chciałabym zapytać, gdzie kończy się Europa? Rozważał pan tę kwestię, m.in. w książce "Wybór Europy", jednak od jej wydania minęło 7 lat, mieliśmy w tym czasie dwa rozszerzenia Unii. W jakim kierunku powinna dalej pójść Wspólnota?

Niektórzy mówią, że Europa nigdzie się nie kończy, lecz po prostu się rozrzedza. W tym sensie, że im dalej na wschód, tym substancji europejskiej jest coraz mniej. Do Unii należy przyjmować kraje, gdzie stężenie europejskości jest na tyle istotne, że możemy mówić o tych samych zasadach działania. Oczywiście jest tak, że Bałkany powinny uczestniczyć w integracji europejskiej, choć są tam jeszcze konflikty, takie jak wokół Kosowa, które sprawiają, że nie są to procesy proste. Ponadto należy pamiętać o Mołdawii, Ukrainie, także o Białorusi, lecz wymaga to jej politycznego otwarcia. Nie miałbym także problemu z tym, aby Turcja była członkiem UE. Podobnie jest z krajami Kaukazu Południowego. Pewnie tu jest naturalny kres europejskości. Kiedyś Morze Śródziemne było wewnętrznym morzem Europy, dziś jednak obecność krajów Afryki Północnej byłaby o wiele bardziej dyskusyjna, właśnie ze względu na ich odrębność kulturową.

Wywiad publikujemy dzięki uprzejmości redakcji pisma "Drugi Obieg".

Komentarze



Na razie brak komentarzy.

Dodaj swój komentarz:

Imię :
E-mail :
WWW :
Komentarz :

STRONA GŁÓWNA     KOMENTARZE     ARTYKUŁY     WYWIADY     GDZIE STUDIOWAĆ?     KSIĄŻKI     W PRASIE     REDAKCJA     DOŁĄCZ DO NAS
2007-2010 © Politeja.pl