Ustawa zasadniczo nielubiana
Grzegorz Płatek | 2010-03-25 21:01 |
wersja do druku
"Życzę naszym Rodakom, aby nowa Konstytucja stała się spoiwem łączącym nas wszystkich". Te słowa napisał w 1997 roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Dziś, w pewien przewrotny sposób, jego przesłanie się spełnia: największe polskie siły polityczne łączy konstytucja – mówiąc ściślej – wizja jej zmiany.
Fali projektów zmiany konstytucji ciężko nie połączyć ze zbliżającymi się wyborami. Politycy PO i PiS jako uzasadnienia dla swoich marketingowo-ustrojowych pomysłów, używają argumentów związanych z problemami w kohabitacji obecnego prezydenta i premiera. Warto jednak zapytać na ile wynikają one z wad konstytucji, a na ile z nieporozumień (złej woli?) polityków. Bo pewne są dwie rzeczy: nie da się stworzyć idealnego prawa, a każdy – nawet najlepszy przepis – da się zastosować niemądrze. Co prawda istnieje dysproporcja między silnym mandatem bezpośrednio wybieranego prezydenta, a zakresem jego uprawnień, lecz nasze rozwiązanie nie jest niespotykane – podobny system działa w Austrii. Modny w naszym kraju staje się też pogląd postulujący likwidację bezpośrednich wyborów prezydenta RP. Natomiast w świetle ciągłych utyskiwań na niską partycypację obywateli w życiu publicznym, warto postawić pytanie czy zniesienie wyborów, którym niezmiennie towarzyszy najwyższa frekwencja, jest zasadne. Dyskusyjny jest również argument (m.in. Donalda Tuska), że nasz system polityczny jest na tyle dojrzały, iż należy osłabić mechanizmy blokujące na rzecz większej swobody rządzenia.
Zresztą, nawet wśród konstytucjonalistów nie ma zgody co do potrzeby reformy. "Istniejące rozwiązanie konstytucyjne jest źródłem napięć i niepewności destabilizujących funkcjonowanie Państwa" – powiedzieli trzej byli prezesi TK: Andrzej Zoll, Marek Safjan i Jerzy Stępień[[
1]. Natomiast prof. Piotr Winczorek odpowiedział: "Gdyby premier zechciał przeczytać konstytucję, to by się dowiedział, że nie musi niczego zmieniać, ponieważ władza wykonawcza należy do rządu"[
2] .
Wątpliwy problem, ale zdecydowane rozwiązania
Przyjrzyjmy się treści składanych propozycji. W drugiej połowie listopada swoje daleko idące wnioski zaprezentował Donald Tusk. Prezydenta pozbawionego prawa weta, miałoby wybierać Zgromadzenie Narodowe, senatorów mielibyśmy wybierać w jednomandatowych okręgach wyborczych, a posłów w ordynacji mieszanej. W ten oto sposób miałby narodzić się system kanclerski – podobno odpowiadający "polskiej tradycji ustrojowej" (jest to jeden z tych terminów, którym jesteśmy w stanie uzasadnić niemal wszystko). Premier zapomina o tym, że w Niemczech system kanclerski nie opiera się jedynie na osłabieniu prezydenta wewnątrz egzekutywy na rzecz szefa rządu, ale również na przeniesieniu instrumentu kontrolującego rząd na relacje na linii landy – federacja.
Na początku stycznia Donald Tusk złagodził swe stanowisko. Jedni twierdzą, że pod wpływem konsultacji z ekspertami, inni złośliwie porównują treść nowych propozycji z wynikami sondaży opinii publicznej i dostrzegają zbieżności. Faktem pozostaje, że nowy plan zakłada jedynie osłabienie weta prezydenckiego (do jego przełamania ma wystarczyć bezwzględna większość), zmniejszenie liczby posłów czy wpisanie do konstytucji wyroku TK w sprawie składu delegacji na szczyty UE.
Niedawno swoje propozycje, silnie oparte o zaprezentowany już w 2005 roku projekt, przedstawił PiS. Dokonano w nich pewnych zmian, m.in. wymazano Kazimierza Ujazdowskiego z listy autorów (pozostał jeszcze prezes Kaczyński). Koncept opiera się na pomyśle wyodrębnienia prezydenta z trójpodziału władzy i ustanowienia go arbitrem – miałby ustalać strategię rozwoju państwa, być przewodniczącym Rady ds. Sądownictwa (wprowadzonej na miejsce KRS) i zwierzchnikiem służby cywilnej, rozszerzyłaby się też lista sytuacji kiedy mógłby rozwiązać Sejm. W ramach rządu nastąpiłoby jednocześnie wzmocnienie pozycji premiera, gdyż mógłby dawać ministrom wiążące wytyczne. Projekt zawiera też szereg zmian o charakterze światopoglądowym. Co interesujące, zastrzeżenia do propozycji zgłosił prezydent Kaczyński, uznając wzmocnienie pozycji głowy państwa za daleko idące; skrytykował również pominięcie zapisu o równym statusie kobiet i mężczyzn.
Swoje plany zaprezentowało też PSL, które zaproponowało ograniczenie roli prezydenta, przekształcenie Senatu w izbę reprezentującą m.in. samorząd terytorialny i zawodowy, Polonię oraz organizacje pozarządowe.
Czy diagnoza dotyka problemu?
Z powyższych propozycji wyłania się szeroka panorama instytucjonalnych rozwiązań na, w gruncie rzeczy, psychologiczne problemy. W obecnym kształcie urząd prezydencki jest ukoronowaniem kariery i celem liderów, mimo że nie daje wielkiej władzy. Dlaczego Kwaśniewski w 1993 roku, a Krzaklewski w 1997 roku nie zostali premierami, dlaczego został nim Kazimierz Marcinkiewicz i dlaczego nie doszło do koalicji PO-PiS? Wszystko przez jedno puste krzesło w Pałacu Prezydenckim. Kto wie, czy problemu nie rozwiązałoby np. podwyższenie cenzusu wieku w tych wyborach do 55 lat. Ostudziłoby to emocje, a wymagałoby zmiany w konstytucji tylko jednej cyfry.
Tekst ukazuje się równocześnie w piśmie Koła Nauk Politycznych UJ "Drugi Obieg".
[1] Projekt zmian w Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej (z dnia 2 kwietnia 1997 r.). Konwersatorium "Doświadczenie i Przyszłość", Raport nr 4/2009, [internet:] http://www.dip.org.pl/raporty.htm, 31 I 2010.
[2] http://prawo.gazetaprawna.pl/artykuly/372702,prof_winczorek_zmiany_w_konstytucji_sa_niepotrzebne.html, 31 I 2010.
Komentarze
Na razie brak komentarzy.
Dodaj swój komentarz: