Europa w godzinie próby
Tomasz Trychta | 2009-01-19 20:48 |
wersja do druku
Nad Europą i światem zachodniej cywilizacji w ostatnim czasie zbierają się czarne chmury. Poza sferą wielkich zagrożeń mnożą się również problemy w skali poszczególnych krajów i regionów. O bieżącej polityce w naszej części świata rozmawiam z panem posłem dr Mieczysławem Janowskim z Rzeszowa.
Tomasz Trychta: Za nami wybory w USA. Ku uciesze znakomitej większości unijnych przywódców, z Jose Manuelem Barosso na czele, zwycięzcą został Barack Obama. Co ten wybór znaczy dla Europy i partnerstwa transatlantyckiego oraz skąd wziął się tak widoczny entuzjazm eurokratów w stosunku do prezydenta elekta?
Poseł Mieczysław Janowski: Stonowałbym to pytanie. Nie sądzę bowiem, żeby u wszystkich polityków panował z tego powodu entuzjazm. Naturalnie, jest pewne grono osób, zajmujących wysokie pozycje polityczne we władzach krajów członkowskich UE, są również osoby w kierowniczych gremiach samej Unii, które wyrażają satysfakcję z takiego rezultatu wyborczego w Stanach Zjednoczonych. W moim przekonaniu nie jest to jednak jakiś hura-entuzjazm. Żywię obawy, iż z Baracka Obamy uczyniono pewnego rodzaju herosa, który potrafi rozwiązać wszystkie problemy nie tylko Stanów Zjednoczonych, ale całego świata. Nałożenie takich oczekiwań, które nie mogą się urzeczywistnić w zderzeniu z realiami, może przynieść wielkie rozczarowanie. Jestem jednak przekonany, że współpraca transatlantycka będzie trwała. Ona jest bardzo potrzebna dla całej naszej cywilizacji. Myślę także, iż Barack Obama jest osobą na tyle kompetentną i zorientowaną, że będzie wiedział, co jest dziś potrzebne Stanom Zjednoczonym, Europie oraz światu. Na pewno nie jest to żadna rewolucja, a raczej ewolucyjna zmiana. Ludzkość na prawdę zaczyna się gubić. Przejawem tego jest kryzys gospodarczy (nie tylko finansowy, jak twierdzą niektórzy nasi publicyści) oraz moralny. Słowa: "pewny jak w banku" zaczęły brzmieć szyderczo. Część przywódców unijnych może być rozczarowana dotychczasową polityką amerykańską w odniesieniu do całego Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza Iraku i Afganistanu. Niektóre państwa, wśród nich i Polska, zaangażowały się tam. Dziś widać, iż przyczyny podawane przez prezydenta Busha, dotyczące Iraku, okazały się nieprawdziwe. To nie tylko ktoś kogoś wprowadził w błąd, tutaj zostało nadszarpnięte zaufanie do Amerykanów, tym bardziej, że po błyskawicznym obaleniu Saddama Husajna brakło planu na "day after". Z perspektywy Parlamentu Europejskiego, gdzie jestem od lipca roku 2004, zauważam dość głęboki antyamerykanizm. Przejawiał się on szczególnie wyraźnie wtedy, gdy dyskutowano o tym, czy w niektórych krajach Unii, także w Polsce, były więzienia CIA. W tym kontekście Barack Obama jest postacią, która budzi u wielu ludzi nadzieję na lepszą - z ich punktu widzenia - politykę amerykańską. Republikanie popełnili chyba błąd, nie doceniając Baracka Obamy. Zlekceważyli też zapewne siłę centrolewicowych mediów. Pamiętamy jak niektóre stacje telewizyjne prześcigały się wręcz z pokazywaniem niemal nadludzkich cech kandydata. Wydawać by się mogło, że po wygranych przezeń wyborach nastąpi sielanka. Inną sprawą jest jego pochodzenie. Dla mnie rzeczą niedopuszczalną jest atakowanie jakiegokolwiek człowieka z racji jego koloru skóry, rasy, wyznania. Wobec Obamy niektórzy zastosowali takie nieuczciwe metody. Można, a czasami wręcz trzeba, się z nim nie zgadzać, ale nie można w dyskusji bazować na jakichkolwiek uprzedzeniach rasowych. Byłoby fatalnie, gdyby nowa ekipa w Białym Domu zaczęła działać à rebours, w myśl zasady "teraz my wam pokażemy". Mam nadzieję, że Barack Obama będzie miał siłę i roztropność, aby się temu przeciwstawić.
Z polskiego punktu widzenia wciąż elektryzująca jest sprawa Rosji; w zgodnej opinii ekspertów gospodarka tego kraju jest tak słaba i mało zróżnicowana, że mocą swojego potencjału Unia Europejska mogłaby zrobić z Rosją dosłownie wszystko, podciąć gliniane nogi tego kolosa, który tymczasem skutecznie walczy o swoje interesy, wygrywając jedne kraje przeciwko drugim. Czy unijna polityka wobec naszego wschodniego sąsiada nie jest zbyt łagodna?
Zacząłbym od tego, że informacje o upadku Rosji są dalece przedwczesne. Proszę zauważyć, że obecna Rosja przejęła nie tylko schedę państwa komunistycznego, ale również sięga po dziedzictwo Rosji carskiej, do której nawiązuje bardzo mocno przez symbolikę. Musimy dostrzec, że Rosjanie wracają do imperialnego myślenia. Będą robić wszystko, czasami nawet prowadząc grę pozorów, aby to pragnienie się ziściło. Rosja to potężny terytorialnie kraj z olbrzymimi problemami demograficznymi oraz presją Chin, odczuwaną zwłaszcza na terenach Syberii. Jest to zarazem kraj przeogromnych bogactw naturalnych i wielkich przestrzeni. Oczywiście - również kraj niesłychanych ambicji. W moim przekonaniu Unia Europejska powinna prowadzić z Rosją rzeczowy dialog. Trzeba powiedzieć: – My potrzebujemy waszych surowców, ale musimy być zabezpieczeni, bo pokazaliście, że jesteście nie do końca wiarogodni. Pamiętamy bowiem o doświadczeniach z przykręcaniem kurków gazowych, które odbiły się również na krajach zachodnich. Należy mówić o właściwym partnerstwie, tzn. takim, w którym obie strony gry mają na swym koncie efekt dodatni. Powinno się nadto mówić rosyjskim przywódcom: - Żądamy od was, abyście mając aspiracje przynależności do kręgu krajów demokratycznych, rzeczywiście szanowali podstawowe kanony demokracji i prawa człowieka. Tutaj chodzi o, wyciszoną obecnie, sytuację w Czeczenii, o przykład naruszenia integralności Gruzji, o zbrodnie polityczne, czego bolesnym przykładem było zamordowanie dziennikarki - Anny Politkowskiej. Unia Europejska, Stany Zjednoczone, ale również reszta świata musi sobie zdać sprawę z tego, że Rosja posiada potężny potencjał militarny, w tym nuklearny. Nie może dojść do sytuacji, w której Rosjanie w akcie desperacji naciskają na symboliczny guzik, powodując tragedię światową. Nie można do tego doprowadzić, ale trzeba od Rosjan wymagać budowania przyszłości na fundamencie prawdy. Mieliśmy Norymbergę dla systemu nazistowskiego, do dziś natomiast nie było odpowiednika Norymbergi dla komunizmu. W Wielkiej Brytanii, Włoszech, Hiszpanii istnieje do dziś pewna fascynacja Rosją. Niemcy dostały od niej baty, ale są też zafascynowani. Aktualna polityka włoska wobec Rosji jest przedziwna, być może to zasługa osobistych sympatii premiera Berlusconiego do premiera Władimira Putina. Widać też meandry polityki francuskiej wobec Kremla, co daje się zauważyć w kwestii gruzińskiej i nie tylko. Zatem jest potrzebna wspólna, europejska linia. Zauważmy jednak, że Unia Europejska na podstawie obecnych traktatów nie ma takiego narzędzia, które byłoby równoznaczne z prowadzeniem wspólnej polityki zagranicznej. Dopiero ewentualne rozwiązania Traktatu Lizbońskiego dawałyby takie możliwości; może to i dobrze. Zaraz bowiem pojawia się pytanie: - Czy gdyby istniała wspólna polityka Unii Europejskiej, nie byłaby ona jedynie polityką interesów francusko–włosko–niemieckich? Oczywiście, jest tu także istotny kontekst polski. Polsce i Rosji należy życzyć zbudowania dobrych, sąsiedzkich relacji. Aby mogły one zaistnieć, potrzebne jest jednak wydobycie na wierzch prawdy o przeszłości - nawet jeśli jest ona bolesna i symbolizuje ją Katyń. Pamiętajmy również o tym, że Rosja należy, mimo wszystkich mankamentów, do krajów mających swoje korzenie w tradycji chrześcijańskiej. Trzeba zmierzać do tego, aby Rosja była partnerem pomocnym w rozwiązywaniu spraw europejskich i światowych. Rosjanie też doświadczają boleśnie kryzysu gospodarczego - spadają drastycznie ceny ropy i gazu, mają wiele innych problemów, o demografii już wspominałem. Musi być to taki partner, który szanuje zasady demokracji, tego żądajmy konsekwentnie. Powinniśmy więc z Rosją rozmawiać, podjąć rzeczową współpracę, ale na pewno nie padać na kolana. Budujmy relacje dobrego sąsiedztwa, dobrego partnerstwa, ale nie poddańczości. Wasal rzadko kiedy jest szanowany.
Jak ocenić pomysł prezydenta Sarkozy’ego, który wykorzystując widmo kryzysu gospodarczego w dosyć egzotyczny sposób próbuje utrzymać swoją władzę w UE, stwarzając dla siebie stanowisko przewodniczącego strefy Euro i postulując przedłużenie francuskiej prezydencji? Czy to koniec pozorów równości wewnątrz Wspólnoty?
Obserwujemy niełatwą sytuację wewnątrz Francji, która nie jest monolitem ani etnicznym, ani religijnym, a poza tym w duszy francuskiej, podobnie jak w duszy rosyjskiej, drzemie świadomość dawnej potęgi. Francja ma zatem nie tylko tradycję, ale i poważne ambicje. Prezydent Nicolas Sarkozy, który ma również korzenie węgierskie, jest ciekawym i bardzo inteligentnym człowiekiem, zdobył też sporą sympatię Francuzów. Patrząc na pozycję Niemiec, które chcą w Unii dominować oraz na pozycję Brytyjczyków, którzy też nie mogą się ostatecznie otrząsnąć po upadku Imperium, w którym przecież nigdy nie zachodziło słońce, Francja chce dla siebie znaleźć należne jej miejsce. Sarkozy ma wizję silnej Francji w silnej Europie. Po jego prezydencji, a prezydencje są półroczne, przychodzi taki mały kraj jak Republika Czeska; ba, ten kraj nie ratyfikował jeszcze Traktatu z Lizbony, a jego prezydent wypowiadał rzeczy wręcz heretyckie z punktu widzenia Francji. Coś trzeba zrobić z tym fantem. Już wcześniej była mowa o tzw. "trójkach", czyli trzech państwach, które jakby wspólnie kierują Unią. Myślę jednak, że z Czechami to nie przejdzie. Prezydent Vaclav Klaus ma swoje zdanie, zaś sami Czesi nie lubią być lekceważeni czy poniżani przez kogokolwiek. Pokazała to ostatnia wizyta delegacji Parlamentu Europejskiego na Hradčanach. Naturalnie, warto się zastanowić jaki mechanizm zarządzania Unią byłby najskuteczniejszy, jak to usprawnić. - Czy zatem rozwiązywania przewidywane przez Traktat Lizboński są najszczęśliwsze? - Sądzę, że nie do końca. Coś trzeba zrobić, aby struktura Unii nie zawodziła w sytuacjach kryzysowych, bo ostatnio pokazaliśmy, jako Europejczycy, że nie potrafimy działać razem, widząc wspólny interes. Wracając do prezydenta Francji - nie tkwię w duszy Sarkozy’ego, ale mogę podziwiać jego erudycję, umiejętność znalezienia się w trudnych sytuacjach podczas wystąpień. Kiedy ktoś stawia mu kłopotliwe, a nawet głupie pytania, on potrafi króciuteńko i błyskotliwie odpowiedzieć ciętą ripostą. Tutaj widać też jego charyzmę. Trudno zatem powiedzieć, co da się zrobić. Być może ten pomysł na stworzenie jakiegoś układu zarządzającego o wymiarze ekonomicznym - bo taka jest idea - jest racjonalny, ale to wymaga zgody wszystkich państw członkowskich. Na razie nic takiego nie nastąpiło.
Trwa debata na temat wstąpienia Polski do strefy Euro. Kiedy i czy w ogóle nasz kraj powinien dołączyć do Eurolandu?
To jest bardzo ważne pytanie. Myślę, że musimy sobie uzmysłowić, że budowanie wspólnoty gospodarczej jest możliwe, jeżeli istnieje wspólny miernik. Takim miernikiem jest również waluta. To wymaga wyrównania pewnego poziomu gospodarek, spełnienia ściśle sprecyzowanych kryteriów związanych m.in. z deficytem i inflacją. Pytanie o Euro w Polsce jest pytaniem o ważną sprawę. - Czy w imię sukcesu Unii warto jest dokonać głębszej integracji kosztem rezygnacji z czegoś? - Czy powinniśmy wybrać wspólną walutę, świadomi wszystkich konsekwencji, kiedy praktyczne doświadczenie innych krajów pokazuje, że wprowadzenie Euro niemal wszędzie wiązało się ze wzrostem inflacji? Z drugiej strony, w obecnej sytuacji te kraje, które mają Euro są bardziej stabilne. Przez część naszych polityków podawana jest data 1 stycznia 2012 roku. Z konkretami należy jeszcze poczekać, za rok powinniśmy już wiedzieć, jakie "złe owoce" przyniesie kryzys ekonomiczny. Przy okazji, zapytajmy o zamiary w tym względzie Brytyjczyków i Duńczyków. Śledźmy także sytuację na Słowacji, która przyjmuje Euro już 1 stycznia 2009 roku. Jest przy tym również inne, ważne pytanie: – Kto ma o tym rozstrzygać, kiedy i czy (choć praktycznie rzecz biorąc samo przystąpienie do UE oznacza, iż chcemy przynależeć do strefy Euro) przyjmujemy Euro? - Czy decydować ma polski parlament czy też polski naród poprzez referendum? Potrzebna też będzie stosowna zmiana w Konstytucji RP.
…ale też jakie pytanie można w tym referendum postawić?
No właśnie, to również jest poważny problem. Trudno naprędce dobrze zredagować dobre pytanie referendalne. Przede wszystkim powinno być ono zrozumiałe, aby każdy wiedział o co tak na prawdę chodzi, z czego rezygnujemy, co możemy stracić, a co zyskać. Tutaj żaden pośpiech ani szybkie deklaracje nie są potrzebne. My róbmy swoje, tak jak inni też robią swoje. W tej sprawie niekoniecznie musimy być w awangardzie.
Co oznacza zrzeczenie się części suwerenności pokazała sprawa polskich stoczni, które jednak czeka upadłość. Z jednej strony UE przeznacza astronomiczne sumy na dofinansowanie sektora bankowego a z drugiej nakazuje cofnięcie publicznej pomocy dla stoczni. Czy to nie hipokryzja?
Musimy wyjaśnić pewne rzeczy. Unia Europejska nie przeznaczyła ze swego budżetu pomocy publicznej dla banków w poszczególnych krajach, ale władze unijne nie wyraziły do tej pory dezaprobaty wobec działań podejmowanych przez kraje członkowskie, które decydowały się na to, aby przeznaczyć pieniądze publiczne ze swoich budżetów na ratowanie banków. Miała więc miejsce swoista, szybka aklamacja. Natomiast skala problemu polskich stoczni jest zupełnie inna, ponieważ pomoc publiczna, jaką otrzymały nasze trzy stocznie to zaledwie niewielki procent sum, jakich użyto dla ratowania systemu bankowego. Polskie stocznie miały osiągnąć przez tę pomoc to, co powinno być dla nich najwłaściwsze, czyli i odbudować swój potencjał, stanąć na nogi, aby funkcjonować normalnie na rynku. Taka powinna być rola pomocy publicznej. W naszej sytuacji, dodajmy, że z różnych przyczyn, te pieniądze nie zostały właściwie wykorzystane, więc Komisja żąda ich zwrotu. Do Komisji Europejskiej skierowano rządowy projekt ratowania stoczni, który nie został zaakceptowany przez same stocznie, co więcej, do pani komisarz do spraw konkurencji, Neelie Kroes, wpłynął również wniosek stoczniowców o odrzucenie tego rządowego projektu. Wyobraźmy sobie teraz, co ona miała zrobić? - Rząd chce to, nasi związkowcy chcą czegoś innego, dodatkowo każda z tych stoczni jest swego rodzaju symbolem. Co w tej sytuacji wybrać, skoro każda ze stron przedstawia rozbieżne racje? Przykładowo, Niemcy potrafili uzgodnić jednolite stanowisko w sprawie swoich stoczni. Często mści się na nas to, że nie potrafimy sami ze sobą rozmawiać. Gdyby bowiem z Polski wpłynął sygnał następującej treści – tak, mamy uzgodniony plan działań wobec naszych stoczni, gdyby ten projekt został opracowany przez rząd, przy akceptacji opozycji i przy zgodzie każdej z tych stoczni – to nie ma wyjścia – wygrywamy. Tymczasem my tracimy, bo jesteśmy nazbyt często podzieleni.
Wrócę jeszcze do ratowania systemu bankowego za pieniądze podatników. Tu nikt specjalnie nie protestuje, sytuacja jest nadzwyczajna, bo kiedy ten system padnie, to wszystko padnie. Zagrożenie Islandii jest czczym wymysłem. Nasz przemysł stoczniowy, ze wszystkimi pracownikami i kooperantami oraz rodzinami - to około 100 tysięcy ludzi. Jest więc duża grupa ludzi, nie można jej lekceważyć, ale w skali globalnej to jest jednak niezbyt wiele. Jeszcze jedno, zróbmy teraz wszystko, aby - niezależnie od przekształceń - zachować w Polsce produkcję statków. Trzymajmy się też zasady, że pomoc publiczna jest wyjątkiem i trzeba ją właściwe spożytkować.
Wątpliwości w sprawie stoczni jest więcej. W lipcu do mediów przedostała się notatka ze spotkania Karla Soukupa, zajmującego się w Komisji Europejskiej sprawą polskich stoczni, z norweskimi inwestorami ze spółki Ulstein Group. Pan Soukup miał sugerować Norwegom odczekanie na upadłość polskich stoczni, gdyż wówczas będą mogli dokonać zakupu na o wiele lepszych warunkach. Czy takie praktyki należą do normalnych działań przedstawicieli Komisji?
To jest nienormalna i zła praktyka, po prostu - to jest zachowanie kryminalne. Mieliśmy, głównie w bloku wschodnim, liczne przykłady sztucznego obniżania ceny majątku państwowego po to, aby ktoś, kto dysponował nawet marnym kapitałem, mógł go szybko nabyć i się wzbogacić. Przecież niektórzy superbogacze - nie tylko rosyjscy - nie wzięli się z powietrza. W Polsce istnieje spora grupa osób, którzy mając poufne informacje od polityków, dotyczące kwestii gospodarczych, dochodzili do bogactwa, dzieląc się później z politykami. To wszystko jest rażącą korupcją. Uczciwa gra rynkowa kieruje się prostymi regułami: jestem lepszy, mam ciekawszą ofertę dla klientów – wygrywam, jestem gorszy – przegrywam albo staram się dorównać do lepszego, aby być konkurencyjnym. To jest zdrowy mechanizm, natomiast wszelkie inne działania, o których pan wspomniał, to są przestępstwa.
W Parlamencie Europejskim jest Pan członkiem Komisji Rozwoju Regionalnego. Istnieją wyliczenia ekonomistów, według których, aby Polska otrzymała 1 euro, musi wpłacić do unijnej kasy 80 eurocentów. Skąd bierze się tak niekorzystna proporcja? Czy to słabość polskiej specyfiki czy unijnej biurokracji?
Nie wiem, skąd pochodzą te dane. Oczywiście, żonglerka liczbami jest możliwa, natomiast moja wiedza jest taka, że w perspektywie obejmującej lata 2007-2013 Polska musi wpłacić swoją składkę, czyli około 20 mld Euro, podczas gdy w tym samym czasie może skorzystać z pomocy unijnej na poziomie 90,5 mld Euro. Netto możemy więc mieć do naszej dyspozycji około 70 mld Euro. Polska może, i oby tak było, te pieniądze bardzo racjonalnie wykorzystać na zmniejszenie zapóźnień. To jest swoista gra, bo my składki wpłacać musimy, a przez różne wewnętrzne niedoskonałości prawa krajowego, nie zawsze potrafimy we właściwym tempie pozyskiwać pieniądze unijne. Musimy znacznie lepiej przystosować polskie prawo, także ustawę o zamówieniach publicznych i całe ustawodawstwo dotyczące inwestycji infrastruktury komunikacyjnej. Przecież wręcz hańbą jest to, co się dzieje w drogownictwie, nie ma takiego kraju w Europie, który równie fatalnie radziłby sobie z budową dróg. Możliwe, że w krótkim przedziale czasu coś faktycznie tracimy, ale patrząc całościowo, mamy olbrzymią szansę. Jeżeli nie wykorzystamy istniejących realnie możliwości, to będziemy ofiarami losu. Wszyscy polscy politycy muszą poczuć, że dobro Polski jest naszym, wspólnym narodowym interesem. Nie dajmy się więc ograć!
W przyszłym roku wybory do PE. Które polskie partie według Pana mają szanse wprowadzić największą liczbę swoich przedstawicieli i dlaczego?
Do wyborów europejskich jest jeszcze trochę czasu, odbędą się one bowiem w całej Unii w niedzielę 7 czerwca 2009 roku. W niektórych krajach będą to wybory dwudniowe - w sobotę i w niedzielę. Sądzę, że polskie społeczeństwo podczas wyborów w roku 2004 było znacznie bardziej niechętne Unii niż teraz. Dowodem był wówczas znakomity wynik Ligi Polskich Rodzin, która obecnie praktycznie nie istnieje. Trzeba mieć świadomość, że te wybory mają swoistą arytmetykę, wynikającą z ordynacji wyborczej, która jest dość skomplikowana. Rezultat końcowy, czyli zdobycie mandatu bardzo mocno zależy od frekwencji. Obowiązuje próg 5% w skali całego kraju. Przeliczanie liczby uzyskanych głosów na liczbę zdobytych mandatów odbywa się przy wykorzystaniu metody opracowanej przez belgijskiego matematyka d'Hondta. Mocno preferuje ona te ugrupowania, które zdobywają więcej głosów. Według aktualnych wyników sondaży poparcia dla partii politycznych szanse na największą liczbę mandatów ma PO, w drugiej kolejności PiS. Podam przykład bazujący na danych z sondażu opracowanego 2 grudnia 2008 roku dla Wirtualnej Polski przez Gemius. Wynika z niego, że poparcie 5% przekraczają PO - 33%, PiS - 22%, PSL - 7%, SLD - 6%. Według Traktatu z Nicei Polsce przysługuję 50 miejsc w PE (obecnie mamy 54) z czego PO uzyskałoby 24 mandaty, PiS -17, PSL - 5, zaś SLD- 4. Według innych danych, np. sondaż TNS OBOP z 15 grudnia 2008 aktualne poparcie partii politycznych wygląda następująco: PO - 60%, PiS - 19%, SLD - 6%, PSL - 5%. Wówczas w Parlamencie Europejskim mielibyśmy odpowiednio: z PO aż 34 posłów, z PiS-u - 11 posłów, z SLD - 3 posłów i 2 z PSL. Muszę tu podkreślić, że - według mej opinii - do czasu wyborów poparcie dla partii politycznych ulegnie zmianie. Może wzrosnąć dla lewicy, jeśli się zjednoczy, może też pojawić się jakieś liczące się ugrupowanie z prawej strony, raczej eurosceptyczne.
Czy ten fenomen sukcesu partii eurosceptycznych z roku 2004 ma jeszcze szansę się powtórzyć?
Nie doceniono wówczas eurosceptyków. Oni teraz inaczej artykułują swoje stanowisko. Mówią najczęściej: nie jesteśmy przeciwko Unii, ale przeciwko niektórym forsowanym na siłę rozwiązaniom instytucjonalnym związanym z Traktatem Lizbońskim, który - jak do tej pory - nie wszedł w życie, o czym rozstrzygnęło irlandzkie referendum. Wielu ludzi jest rzeczywiście poważnie zatroskanych, więc Marek Jurek czy Dariusz Grabowski mogą takich wyborców zgromadzić. Mogą odnieść sukces, zwłaszcza wtedy, gdy połączą swe siły. Pod znakiem zapytania w tych wyborach stoją losy grupy polityków, która się zawiązała wokół portalu Polska XXI. Chyba zrozumieli, że polityki nie tworzy się tylko słowami, ostatnio bowiem wykazują aktywność w kontaktach z samorządowcami i to może ich znacząco wzmocnić. - Czy zdążą nabrać wystarczających sił do czerwca 2009? - Nie wiem. Może także zwiększyć swój potencjał lewica, jeśli zjednoczy swe siły. Takie są moje analizy na dziś. To się będzie zmieniać. Pamiętajmy też o różnych doświadczeniach z wiarygodnością sondaży. Jeżeli któraś z partii potknie się na arenie krajowej, to może się to odbić w wyborach do Parlamentu Europejskiego, a później w roku 2010 również w wyborach prezydenckich oraz samorządowych i kolejnych do Sejmu i Senatu. Pożyjemy, zobaczymy.
Mieczysław Janowski – poseł do Parlamentu Europejskiego, mandat uzyskał z listy Prawa i Sprawiedliwości. W Parlamencie Europejskim jest członkiem Unii na rzecz Europy Narodów i pracuje jako koordynator w Komisji Rozwoju Regionalnego (REGI), Komisji Petycji (PETI) oraz Komisji Przemysłu, Badań Naukowych i Energii (ITRE) . W swojej politycznej karierze pełnił już wcześniej funkcje m.in. prezydenta Rzeszowa i senatora z ziemi rzeszowskiej.
Komentarze
Autor:
Wikipedia YouTube
2010-07-21 21:10
This Rf is amazing!
http://en.wikipedia.org/wiki/Youtube - Wikipedia YouTube
Wikipedia YouTube
Dodaj swój komentarz: